niedziela, 3 maja 2009

Wczoraj zabawki, dziś sklep rowerowy, jutro... podsłuchy?

Nie oszukujmy się, moje dzieciństwo było dobre - nie mam na co narzekać. Tak jak w życiu każdego malucha, największą część doby zajmowały - obok spania - zabawki. Zabawki, nie byle jakie, dodajmy.

Zostawmy jednak w spokoju moje dzieciństwo... Albo nie, zostańmy przy nim jeszcze chwilę. Jak byłem mały, zawsze chciałem mieć własne zwierzątka (brat miał żółwia i psa). Rodzice zgodzili się na rybkę. No to siup, odwiedzam sklep akwarystyczny. A musicie wiedzieć, że sklep akwarystyczny w Gorzowie mieści się właściwie w każdym sklepie zoologicznym. No i co, wybrałem welonka.

Poszła mi dętka w rowerze. Sklep rowerowy wydaje się być dobrym miejscem do odwiedzenia w takim wypadku. Tylko zaraz, zaraz... Gdzie jest najbliższy sklep rowerowy w mojej okolicy.

Orbitreki - słyszeliście kiedykolwiek o czymś takim? Ja nie. Szybkie wygooglanie daje jednak pożądane efekty. Orbitreki to popularny przyrząd do ćwiczeń fizycznych. W moim kręgu nazywa się go steperem. Kto w ogóle wymyśla te nazwy?!

Podsłuchy - o nich pisać nie mam zamiaru. Tak się akurat składa, że podsłuchy to moim zdaniem rzecz, dla której nie powinno mieć miejsca w państwach demokratycznych.

Reklama Na Blogach

piątek, 1 maja 2009

Generał Nil

Mogę pokusić się o stwierdzenie, że Polacy lubią robić filmy historyczne. Co więcej, wychodzą im całkiem dobrze. Nie żeby były to od razu wielce porywające bądź wstrząsające obrazy, ale trzymają one dość wysoki poziom. Głównie dlatego, nie podchodziłem sceptycznie do szkolnego, a właściwie klasowego wyjścia na "Generała Nila".

Film Ryszarda Bugajskiego opowiada historię Augusta Emila Fieldorfa, dowódcy Dywersji AK, kierującego najważniejszymi akcjami w okupowanej w czasie II wojny światowej Warszawie. Obraz jednak nie skupia się na drugowojennych wyczynach generała Nila, a na jego krótkim życiu po powrocie z Syberii, na którą został zasłany jeszcze za okupacji sowieckiej. Komunistyczne władze PRL-u chcą zdyskredytować dokonania Fieldorfa i skazać go na śmierć.

Cieszę się, że ten film powstał. W szkole na lekcjach historii rzadko kiedy dochodzi się do okresu powojennego, nie ma czasu na to, aby powiedzieć, co takiego stało się z akowcami, kiedy w Polsce zapanował komunizm. Taki obrazy jak "Generał Nil" są po prostu potrzebne. Dodatkowa lekcja historii dla młodzieży. Ryszard Bugajski pokazał nie tylko życie bohatera narodowego, ale również metody działania UB, z przerażającą scenę tortur poprzez wyrywanie paznokci włącznie.

Wyraźnie widać jednak, że "Generał Nil" to przede wszystkim przekaz, a dopiero później chęć nakręcania dobrego filmu pod każdym względem. Rodzimy aktorzy, raczej nie zaliczający się do tych najpopularniejszych z pierwszych stron gazet (co nie zawsze idzie przecież w parze z brakami warsztatowymi), spisali się przeciętnie. Olgierd Łukaszewicz w roli Fieldorfa wypadł jeszcze całkiem w porządku, lecz większość postaci drugoplanowych zagrana została dość słabo. Szkoda.

"Generał Nil" jest na pewno bardzo ważnym filmem historycznym, choć denerwować może małe sfabularyzowanie historii (szczególnie wątek z młodym Polakiem, mówiącym z rosyjskim akcentem, wydaje się być mocno naciągnięty). Aktorzy również się nie popisali, ale - szczerze mówiąc - to nie o nich tak naprawdę chodzi w tej produkcji. Trzeba zobaczyć, zważywszy na treści stricte historyczne. Ludzie powinni wiedzieć kim był generał Fieldorf. Nie spodziewajcie się jednak zbyt wielkich wrażeń czysto historycznych.

Ocena: 5+/10

czwartek, 23 kwietnia 2009

Vicky Cristina Barcelona

Barcelona - miasto, które wielu osobom (w tym także mi) kojarzy się przede wszystkim z klubem piłkarskim, którego wizytówką byli tacy zawodnicy jak Diego Maradona, Hristo Stoiczkow, Luis Figo, Ronaldinho czy Leo Messi. Poza tym stolica Katalonii to piękna miejscowość, upalny klimat i przepiękne wybrzeże Morza Śródziemnego. Co najmniej tak mówią, ocenię sam w sierpniu.

Piękno Barcelony uchwycił ostatnio Woody Allen. W swoim najnowszym filmie właśnie ujęcia tych wszystkich uliczek, zabytków i plaż robią ogromne wrażenie. Mówienie, że jest to najmocniejsza strona "Vicky Cristina Barcelona" byłoby może grubą przesadą, lecz na pewno zdjęcia zaliczają się do jednych z największych zalet obrazu. Bohaterowie filmu odwiedzają również Oviedo - osoby rozkochane w hiszpańskich klimatach będą więc zachwycone. A z tego co zaobserwowałem takich jest ostatnio coraz więcej.

"Vicky Cristina Barcelona" to historia dwóch przyjaciółek, których wspólny wyjazd wakacyjny nieźle namotał w ich życiach, zwłaszcza mam tu na myśli sferę miłosną. W Barcelonie poznają bowiem Juana Antonio Gonzalo (Javier Berdem) - jak łatwo się domyśleć obie się w nim w końcu zakochują. To jednak Cristina (Scarlett Johansson) wprowadza się do jego domu. Sytuacja nieco się komplikuje, gdy ich rozkwitający związek zakłóca pojawienie się Marii Eleny (Penelope Cruz), byłej żony Juana Antonio.

Fabuła wprawdzie nie jest wielce wyszukana, ale większość widzów najprawdopodobniej zdoła zainteresować. Niektórzy zarzucają "Vicky Cristina Barcelona", że to nie jest już ten sam Woody Allen co kiedyś. Muszę się przyznać, ale po prostu nie wiem czy mają rację, ponieważ zbyt wielu filmów tego pana wcześniej po prostu nie widziałem. Na koniec warto jeszcze pochwalić aktorstwo. Wszyscy główni bohaterowie zagrali naprawdę wyśmienicie, zresztą po Javierze Berdem i Scarlett Johansson można się było tego spodziewać. To samo tyczy się Penelope Cruz, która za swoją drugoplanową rolę otrzymała nawet Oscara. Dodajmy, że całkiem zasłużenie.

Nie można powiedzieć, żebym się "Vicky Cristina Barcelona" zachwycił. Ot, kolejna bardzo dobra produkcja, którą warto zobaczyć. A jeśli jest się osobą kochająca hiszpańskie klimaty, to film Woody Allena z miejsca staje się pozycją obowiązkową. Wszyscy fani Scarlett Johansson, Penelope Cruz bądź Javiera Berdema również "Vicky Cristina Barcelona" powinni po prostu obejrzyć. Myślę, że już wystarczająco zarekomendowałem ten obraz. Nie zwlekajcie zbyt długo i przenieście się wraz z Vicky i Cristiną na chwilę do Barcelony.

Ocena: 8/10

niedziela, 19 kwietnia 2009

Bramy i narzędzia pneumatyczne, ogrody i elektrozawory

Elektrozawory - jest to zawór sterowany elektrycznie, najczęściej przepływem prądu. Stosowany w motoryzacji, automatyce przemysłowej, siłownikach hydraulicznych i sprzęcie laboratoryjnym. Łączy elementy klasycznego zaworu mechanicznego ze storowanym elektrycznie siłownikiem otwierającym lub zamykającym zawór. Łał, chcę mieć własne elektrozawory.

Narzędzia pneumatyczne - czym do cholery są narzędzia pneumatyczne?

Bramy - coś takiego lub coś takiego. Już wiecie czym są bramy?

Drzwi antywłamaniowe - coś, co zawsze chciałem mieć. Niektórzy utożsamiają drzwi antywłamaniowe z zamkiem firmy Gerda, mi się zawsze kojarzyły one raczej z czymś bardziej futurystycznym. Mnóstwo szyfrów, odciski palców, tęczówki - tego typu sprawy.

Ogród - to słowo zawsze kojarzyło mi się z jednym, działką mojej babci. Ile tam przygód przeżyłem! Jakieś podkopy, kanały i tym podobne zabawy. Później przeprowadzka na inny ogród. Zamieniam łopatki na leżak i się - krótko mówiąc - mocno opierdalam. Czasem tylko nakarmię miliard rybek, które babcia trzyma w oczku wodnym. Dosłownie, miliard.

Siatka ogrodzeniowa - ustrojstwo raczej przez moją babcię nie używane. Ja tam się nie dziwie, po co się przed kimkolwiek ogradzać? Niemniej, siatka ogrodzeniowa w pewnym momencie na ogrodzie się babci pojawiła. Była ona jednak niesłychanie niska. Wszystko po to, aby pies nie mógł hasać po innych działkach. A że pies raczej za skoczny nie był, to i siatka wielkich rozmiarów mieć nie musiała.

Reklama Na Blogach

wtorek, 14 kwietnia 2009

Piąty Element

Jest XXIII wiek. Absolutne Zło - jak co 5000 lat - ponownie postanowiło nawiedzić Wszechświat w celu unicestwienia wszystkich form życia. W ich obronie zawsze stawali dobroczynni kosmici, Mondoshowanowie, którzy przed wiekami skonstruowali broń zwalczającą Zło w najczystszej postaci. Składała się ona z czterech kamieni, symbolizujących cztery żywioły, oraz tajemniczego, piątego elementu. Tym razem sprawy się jednak trochę skomplikowały.

Obraz Luca Bessona bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Szczerze mówiąc myślałem, że zasiadam do kolejnego, dość szablonowego filmu. A tu proszę, choć opowiedzianą historię można traktować jako bajkę, to wizja wykreowanego świata science-fiction wręcz urzeka. Najbardziej spodobał mi się futurystyczny Nowy Jork, który wygląda mniej więcej tak jak miasta przyszłości wyobrażono sobie w latach 60.-tych.

Do gustu przypadł mi również nieco groteskowy klimat "Piątego Elementu", który najbardziej uwydatnia się w drugiej połowie filmu. Luc Besson raczy widza humorem nienachalnym, a raczej dawkowanym subtelnie. Najbardziej groteskową postacią jawi mi się Ruby Rhod (Chris Tucker), megagwiazda ziemskiej popkultury z XXIII wieku. Inna sprawa, że również główni bohaterowie Korben Dallas (Bruce Willis) oraz Leeloo (Milla Jovovich) potrafią mocno rozśmieszyć.

Prosta, urzekająca historia z przesłaniem, ogromny i przepiękny świat, groteskowy humor, wyborowa gra aktorów - to właśnie "Piąty Element". Myślę, że warto go polecić dosłownie wszystkim. Jeśli jeszcze filmu Luca Bessona nie oglądaliście, to czym prędzej nadróbcie powstałe zaległości. Sam bardzo żałowałem, że poznałem go dopiero teraz. Polecam jeszcze raz, warto obejrzyć po stokroć!

Ocena: 9+/10

środa, 8 kwietnia 2009

Outlander

Fabuła "Outlandera" początkowo bardzo mnie rozśmieszyła. Zresztą sami powiedzcie, jak zareagowalibyście na przygoda Kainana - żołnierza z odległej planety, który po awarii swojego statku kosmicznego ląduje w Skandynawii w czasach, gdy rządzili nią Wikingowie? Co więcej, ze sobą sprowadza okropnego potwora - Moorwena, który zaczyna siać spustoszenie wśród miejscowej ludności. Kainan postanawia pomóc Wikingom w zwalczeniu monstra. Zwłaszcza, że przecież ma już doświadczenie w walce z Moorwenami. Jak już pewnie zauważyliście, historia scenarzystom wyszła naprawdę przezabawna.

Oglądając film tej niedorzeczności się jednak mocno nie odczuwa. Owszem, niektóre momenty mogą irytować, ale na ogół większość nieścisłości usprawiedliwia się światem, jaki na potrzeby "Outlandera" został stworzony (swoją drogą nie jest on zbyt bogaty). Fabuła może nie tyle ciekawi, co po prostu nie odpycha. Ot, przeciętność.

Słowem tym można zresztą określić cały obraz Howarda McCaina. Aktorzy zagrali bez większych rewelacji, nawet główny bohater, w którego wcielił się James Caviezel (Jezus z "Pasji" Mela Gibsona), nie pokazał niczego wielkiego. Efekty specjalne również zostają daleko w tyle za najbardziej kasowymi przebojami. Moorwen to taki uboższy, bardziej plastikowy Barlog z "Władcy Pierścieni" Petera Jacksona. Wszystko tu jest przeciętne, włącznie z zakończeniem - finał w "Outlanderze" był dla mnie zbyt pompatyczny. Ponadto, przedstawiona przez reżysera kultura Wikingów została - że tak powiem - "uskromniona". Myślę, że w takim filmie można było pójść na całość i pokazać mieszkańców Skandynawii w sposób wierny i realistyczny. Wikingowie na to zasługują.

Ciągle piszę tu o średniactwie i przeciętności, ale tak naprawdę "Outlandera" oglądało mi się całkiem przyjemnie. Wprawdzie początek obrazu Howarda McCaina był trochę przydługi i nużący, to ani razu nie spoglądałem nerwowo na zegarek, co często zdarza mi się w przypadku znacznie lepszych filmów. Mimo tego, nie mogę wystawić wysokiej oceny. "Outlander" - przeciętność i średniactwo na piątak z plusem.

Ocena: 5+/10

wtorek, 31 marca 2009

Marley i Ja

Są takie filmy, co zapowiadają się na koszmarny gniot. Wybieram się na nie jednak pod presją przyjaciół. Tak było chociażby z obrazem Davida Frankela zatytułowanym "Marley i Ja". Z tą jednak różnica, że film ostatecznie wcale się klapą nie okazał. Nie żeby od razu był nie wiadomo jak wielkim arcydziełem, ale naprawdę pozytywnie się zaskoczyłem.

A o czym jest "Marley & Me"? O miłości między Johnem Groganem, granym przez Owena Wilsona, a czworonogim przyjacielem, mającym być lekarstwem na chęci świeżo upieczonej żony (Jennifer Aniston) do szybkiego urodzenia dziecka. Pies okazuje się jednak "niezłym rozrabiaką". Właściciele nie mogą sobie z nim poradzić, nie pomaga nawet tresura labradora. Bohaterowie nazywają wręcz swojego psa "najgorszym psem świata". Mimo wszelkiej maści niepowodzeń, Marley staje się ich największym przyjacielem, który jest świadkiem najważniejszych chwil w życiu każdej z dwojga postaci.

Film reklamowano jako komedie romantyczną, co rzecz jasna jest sporym nonsensem. Owszem, śmieszne sytuacje u Frankela jak najbardziej występują, lecz nie jest ich na tyle, aby mówić o obrazie, który ma widza z założenia przede wszystkim rozbawić. Zwłaszcza, że "Marley i Ja" wzrusza, zaś końcówka obrazu to już prawdziwy wyciskacz łez. Bardziej można więc mówić o melodramacie. Wspominanie o komedii romantycznej, to w przypadku tego filmu całkowite nieporozumienie. Wątek miłosny oczywiście się pojawia, lecz nie gra on tu głównej roli. No chyba, że chodziło w tym momencie o uczucie między psem a jego właścicielami? Tylko gdzie tu ten romantyzm?

Nie jestem wielkim fanem Owena Wilsona i Jennifer Aniston. Może dlatego nie przypadła mi do gustu ich gra aktorska w "Marley i Ja". Myślę, że bardziej trafne byłoby jednak określenie, iż po prostu nie zaprezentowali się zbyt dobrze. Nie do końca spodobało mi się też "wytrenowanie" czworonożnego bohatera. Wprawdzie nie potrafię poprzeć tego żadnymi przykładami, ale wydaję mi się, że widziałem już lepiej wyszkolone psy w filmach. Swoją drogą, warto w ramach ciekawostki dodać, że tytułowego Marleya zagrały aż 22 labradory.

Obraz Davida Frankela naprawdę mi się spodobał. Może trochę przydługi, może aktorzy mogliby zagrać lepiej. Summa summarum wyszedł jednak film poruszający i wzruszający – niech na to najlepszym przykładem będzie osoba mojej znajomej, która przy końcówce wręcz się rozpłakała. "Marley i Ja" zmusza do zastanowienia się nad znaczeniem relacji pies-człowiek. Pewne jest jedno – po obejrzeniu tego filmu, każdy zapragnie mieć własnego czworonoga.

Ocena: 6+/10